Przez lata decentralizacja była świętym Graalem technologii blockchain. Hasła o “oddaniu władzy w ręce społeczności”, “sieciach bez pośredników” i “kodzie zamiast instytucji”, przyciągały tłumy entuzjastów, inwestorów i idealistów. Ale dziś, gdy rynek krypto wszedł w etap dojrzewania, i komercjalizacji, coraz więcej osób zadaje sobie pytanie: czy decentralizacja jeszcze istnieje? A jeśli tak, to dla kogo?
Web3 i pieniądz instytucjonalny – zderzenie idei z kapitałem
Web3 miało być ruchem oddolnym, zdecentralizowaną alternatywą dla scentralizowanego internetu kontrolowanego przez garstkę korporacji. W teorii każdy ma dostęp do korzystania z sieci, tworzenia projektów czy udziału w zarządzaniu protokołami – wszystko w duchu modelu permissionless, czyli bez konieczności uzyskiwania zgody od centralnego organu. W praktyce jednak większość dużych projektów – od Ethereum po Solanę – jest dziś napędzana przez inwestorów instytucjonalnych, fundusze VC i korporacyjne sojusze.
Kiedy Andreessen Horowitz (a16z) inwestuje setki milionów dolarów w DAO, a Coinbase, Binance Labs czy Paradigm mają decydujące głosy w governance tokenach, trudno mówić o równowadze sił. Formalnie mechanizmy są otwarte, ale realny wpływ mają ci, którzy trzymają największe pule tokenów, często nabytych we wczesnych rundach inwestycyjnych, niedostępnych dla ogółu.
Tokeny zarządzające czy udziałowe? Granica się zaciera
Governance tokeny miały być głosem społeczności. Dziś coraz częściej są narzędziem wpływu dla największych graczy. Projekty takie jak Uniswap, Aave, MakerDAO czy Compound pokazują, że decyzje podejmowane w “społecznościowych” głosowaniach odzwierciedlają interesy kilku największych posiadaczy tokenów, a nie tysięcy użytkowników.
Co więcej, wiele projektów promuje tokenomię zorientowaną na wczesnych inwestorów: ogromne alokacje dla zespołu, funduszy VC i “strategicznych partnerów”, przy jednoczesnym marginalizowaniu małych graczy. Decentralizacja przestaje być celem, a staje się narracją marketingową, używaną do przyciągania nowych użytkowników i kapitału.
DAO – idea w kryzysie zaufania
Zdecentralizowane organizacje autonomiczne (DAO) miały zrewolucjonizować sposób zarządzania projektami. Ale rzeczywistość pokazała, że im większy projekt, tym mniej “autonomii” w praktyce. Głosowania są często ignorowane, manipulowane lub przeprowadzane w sposób nieprzejrzysty. Protokół Lido, który kontroluje ponad 30% stakowanego ETH, stanowi klasyczny przykład: oficjalnie to DAO, nieoficjalnie – struktura z wąską grupą decydentów i silnym lobbingiem interesów.
Coraz częściej mówi się też o problemie tzw. vote buying, czyli kupowania głosów lub tworzenia fałszywych tożsamości w celu przejęcia wpływu na decyzje DAO. System, który miał być oparty na zaufaniu i przejrzystości, okazuje się podatny na te same patologie, które Web3 miało zwalczyć.
Skalowalność kontra decentralizacja – nierozwiązywalny paradoks?
Techniczne ograniczenia blockchainów zmuszają twórców do kompromisów. Aby sieć działała szybciej i taniej, trzeba ograniczyć liczbę węzłów, centralizować infrastrukturę lub korzystać z rozwiązań typu rollups czy sidechains. W efekcie powstają systemy “technicznie zdecentralizowane”, ale faktycznie zależne od kilku podmiotów utrzymujących infrastrukturę.
Solana to dobry przykład – szybka, wydajna, ale z wysokim progiem wejścia dla walidatorów i częstymi zarzutami o koncentrację mocy. Avalanche i Polygon również korzystają z infrastruktury silnie powiązanej z centralnymi operatorami. W Ethereum, mimo idei “world computer”, rola Lido czy Infury pokazuje, że decentralizacja operacyjna bywa iluzją.
Czy powrót do korzeni jest jeszcze możliwy?
Niektórzy twórcy i społeczności próbują wrócić do etosu pierwotnego krypto – eksperymentują z minimalizmem, ograniczają finansowanie VC, stawiają na małe, niszowe projekty. Przykłady takich inicjatyw to m. in. Nostr, Urbit czy monety typu Bitcoin Cash zorientowane na wolność finansową i pełną samodzielność użytkownika.
Wciąż istnieją też duże sieci, które, mimo komercyjnego otoczenia, zachowują znaczący stopień decentralizacji. Bitcoin, jako projekt bez lidera, fundacji czy scentralizowanego modelu zarządzania, pozostaje najczystszym przykładem infrastruktury opartej na rozproszonym konsensusie. Monero, mimo mniejszej rozpoznawalności, rozwijane jest przez anonimowy zespół i zdecentralizowaną społeczność, bez wsparcia fundacji czy inwestorów instytucjonalnych. Również niektóre społeczności Ethereum próbują przywrócić realną decentralizację, poprzez quadratic voting, czyli ograniczenie mocy głosów dużych graczy czy transparentne procesy budżetowe. To pokazuje, że alternatywa wobec Web3 opartego na VC nadal istnieje. Ale to wciąż margines, a nie główny nurt.
Co dalej z Web3?
Być może czas pogodzić się z tym, że “pełna decentralizacja” to mit – technicznie i społecznie trudny do utrzymania na dużą skalę. To nie znaczy, że idea Web3 umiera. Raczej ewoluuje. Może decentralizacja nie musi oznaczać całkowitej anarchii, ale przejrzystość procesów, ograniczenie monopoli, otwartość na uczestnictwo, nawet jeśli nie pełną równość głosów.
Kiedyś decentralizacja była celem samym w sobie. Dziś może być narzędziem – środkiem do większej sprawiedliwości, odporności na cenzurę i przejęcia przez korporacje. Jeśli Web3 ma pozostać wiarygodną alternatywą wobec tradycyjnych struktur, jego społeczność powinna zacząć otwarcie rozmawiać o własnych ograniczeniach – nie po to, by je piętnować, ale by je zrozumieć i świadomie kształtować przyszłość tej technologii.