sobota, 18 kwietnia, 2026

Partnerzy strategiczni

Do kiedy potrwa hossa? Pierwsze sygnały końca już się pojawiły

przez Łukasz Paszkiewicz
0 komentarze

Podziwiam rynki za to, jak potrafią „przyjąć na klatę” nawet bardzo poważne kryzysy i obronić kluczowe poziomy. To, co wydarzyło się ostatnio wokół negocjacji pomiędzy Iranem a Stanami Zjednoczonymi, w mojej ocenie pokazało coś więcej niż tylko siłę indeksów – pokazało realną władzę rynków finansowych i tzw. wielkiego kapitału, który dziś w dużej mierze decyduje o tym, kto na geopolitycznych napięciach zyskuje, a kto traci. W tym konkretnym starciu to Stany Zjednoczone wygrały (czy wręcz wygrywają) właśnie wielkim kapitałem stojącym za ich rynkami finansowymi.

Dlaczego klasyczny scenariusz „wojna = mocny dolar” nie zadziałał?

Część instytucji finansowych ze Wschodu, jak np. Bank Mitsubishi, na tym kryzysie na pozycjach strategicznych przegrała, ponieważ zakładali umocnienie dolara względem euro oraz względem funta i na tych założeniach stracili. Zakładali, że przy takiej akcji – wojnie z Iranem, przy olbrzymim wzroście cen ropy naftowej – dolar powinien umocnić się minimum o 3%.

Tak się jednak nie stało. Umocnił się mniej więcej o 1%, a następnie odrobiliśmy wszystkie straty. Dlaczego? Dlatego, że rynki nie zareagowały na konflikt w sposób klasyczny. W poprzednich kryzysach – czy to przy COVID-zie, czy przy wybuchu wojny na Ukrainie – wzrost cen ropy był wyraźny, a eurodolar spadł nawet w okolice 1,00. Teraz ruch był płytszy: z 1,18 do 1,14 i z powrotem w okolice 1,18, więc praktycznie zakryliśmy wszystkie straty wynikające z konfliktu.

Na indeksach maksymalne obsunięcie wyniosło ok. 10%, na Nikkei około 15%, ale świece były rwane: +5%, –5%, bardzo trudny okres dla traderów, ale niekoniecznie trudny dla JP Morgana, który pokazał bardzo dobre wyniki.

W jakim momencie cyklu jesteśmy?

I teraz pytanie: gdzie jesteśmy? Bo z jednej strony, jeżeli patrzymy na sytuację chłodno, typowo ekonomicznie, to wciąż mamy warunki sprzyjające wzrostom. Mamy relatywnie niskie stopy procentowe, a banki centralne prowadzą operacje na rynku repo, zasilając gospodarki w gotówkę. To są czynniki, które z czysto technicznego, ekonomicznego punktu widzenia pozwalają rynkom rosnąć – i faktycznie tak się dzieje.

Pojawiają się jednak elementy alarmujące, jak choćby wzrost inflacji. Patrząc na tzw. wskaźnik wyprzedzający koniunktury OECD dla największych gospodarek świata, widać, że mimo konfliktu w Iranie ogólny obraz nadal nie wygląda dramatycznie – wskaźniki wciąż sugerują przyzwoity poziom aktywności gospodarczej.

Zakładam, że na naszym podwórku i w skali globalnej możemy jeszcze mówić o dobrym okresie w tym kwartale, w drugim kwartale i prawdopodobnie jeszcze w trzecim. Natomiast czwarty kwartał, w mojej ocenie, będzie już kwartałem, w którym pojawi się korekta. Wynika to m.in. z tego, że wzrost gospodarczy w Polsce ma wyhamowywać, a historycznie spowolnienie wzrostu PKB wiązało się z korektami na warszawskiej giełdzie.

Może nas czekać scenariusz, w którym „dopchniemy” jeszcze teraz euforycznie longi – pójdą w rynek inwestorzy indywidualni – a gdy przyjdzie korekta, pojawi się ryzyko, że ci indywidualni gracze nie uwierzą w jej głębokość. Będą patrzeć przez pryzmat konfliktu w Iranie i powiedzą: „5–10% trzeba podkupować, każdą korektę trzeba podkupować”.

W takim momencie na rynek mogą wjechać smart money i sprowadzić indeksy o –20%, –30%, co będzie już okresem recesyjnym w wycenach. Patrząc na wskaźniki i suche dane, w mojej ocenie jesteśmy bliżej końca obecnej koniunktury. Mamy wzrosty od mniej więcej 2022–2023 roku, dziś jest 2026, więc to są 3–4 lata wzrostów, a wyceny są wysokie. Warren Buffett, pytany niedawno, czy będzie wchodził na rynek, stwierdził, że 5% korekty to dla niego żadna atrakcja – co dobrze pokazuje, jak do takich ruchów podchodzą doświadczeni inwestorzy długoterminowi.

Dlatego warto bardzo uważać, szczególnie w produktach lewarowanych, żeby „nie popłynąć”. Dźwignia przy wysokich wycenach i końcówce cyklu to mieszanka wyjątkowo ryzykowna.

Złoto i polska gospodarka

Jeśli chodzi o złoto, analizy wskazują, że przy podwyższonej inflacji, zachowanym (choć spowalniającym) wzroście gospodarczym i osłabieniu dolara, otoczenie technicznie sprzyja metalom szlachetnym – powinny odrabiać korekty i mieć szansę na dalsze wzrosty.

Z punktu widzenia polskiej gospodarki kluczowe jest dla mnie to, że w czwartym kwartale może nastąpić wyhamowanie, a w konsekwencji korekta. Wynika to zarówno z naszej wewnętrznej koniunktury, jak i z dynamiki wydatkowania środków z KPO. Środki z Krajowego Planu Odbudowy muszą zostać wydane do 2026 roku i już dziś wiemy, że skala inwestycji jest bardzo duża, ale ten strumień w pewnym momencie zacznie słabnąć.

Dochodzi do tego historycznie wysoki poziom zadłużenia państwa. W debacie publicznej pojawia się szacunek, że zadłużamy się w tempie rzędu dwóch miliardów złotych dziennie, co tworzy olbrzymi dług, który wcześniej czy później odbije się nam czkawką. W mojej ocenie może to nastąpić właśnie w czwartym kwartale – i może przełożyć się także na wynik przyszłorocznych wyborów, bo negatywne skutki obecnej polityki fiskalnej, zadłużania oraz braku głębokich reform w energetyce (w tym w atomie), będą coraz bardziej odczuwalne.

Do tego dochodzi polityka Unii Europejskiej, ukierunkowana na redukowanie przemysłu energochłonnego, wysokie koszty energii i system ETS, co uderza w gospodarki oparte na przemyśle. Środki unijne, które dziś trochę łagodzą skutki tych procesów, również się kiedyś skończą.

Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy w końcówce tej fali koniunktury: euforyczne wyjście w górę już trwa, jesteśmy w rejonach historycznych szczytów, a jednocześnie Bank Światowy obniża prognozy wzrostu PKB Polski na 2026 rok.

Moim zdaniem, biorąc pod uwagę skalę długu, problemy ze służbą zdrowia i inne napięcia strukturalne, może to doprowadzić do wyraźniejszej korekty. Dlatego byłbym bardzo ostrożny. Tym z Państwa, którzy zarabiacie na obecnym rynku, gratuluję, ale warto poważnie zastanowić się, czy nie zacząć stopniowo skracać pozycji. Nie uważam, że problem został rozwiązany – raczej uważam, że jest tylko odsuwany w czasie.

Po raz pierwszy tak wyraźnie widać, że wielki kapitał sprzyjał Amerykanom i że Amerykanie pokazali, iż to wielki kapitał rządzi. Byliśmy na krawędzi – na Nasdaq i wielu innych rynkach – i gdyby ta krawędź została przekroczona, mielibyśmy klasyczny krach. Utrzymano ją i pokazano, że rynki są pod kontrolą, niezależnie od wzrostu cen ropy.

W kolejnych wpisach będę skupiał się na prognozach dla złotego, na tym, jak wyglądają główne waluty, oraz zajrzymy też na rynek towarów, bo zapowiada się znowu bardzo, bardzo ciekawy okres.

Może Ci się również podobać

Zostaw komentarz