Podziwiam rynki za to, jak potrafią „przyjąć na klatę” nawet bardzo poważne kryzysy i obronić kluczowe poziomy. To, co wydarzyło się ostatnio wokół negocjacji pomiędzy Iranem a Stanami Zjednoczonymi, w mojej ocenie pokazało coś więcej niż tylko siłę indeksów – pokazało realną władzę rynków finansowych i tzw. wielkiego kapitału, który dziś w dużej mierze decyduje o tym, kto na geopolitycznych napięciach zyskuje, a kto traci. W tym konkretnym starciu to Stany Zjednoczone wygrały (czy wręcz wygrywają) właśnie wielkim kapitałem stojącym za ich rynkami finansowymi.
Dlaczego klasyczny scenariusz „wojna = mocny dolar” nie zadziałał?
Część instytucji finansowych ze Wschodu, jak np. Bank Mitsubishi, na tym kryzysie na pozycjach strategicznych przegrała, ponieważ zakładali umocnienie dolara względem euro oraz względem funta i na tych założeniach stracili. Zakładali, że przy takiej akcji – wojnie z Iranem, przy olbrzymim wzroście cen ropy naftowej – dolar powinien umocnić się minimum o 3%.
Tak się jednak nie stało. Umocnił się mniej więcej o 1%, a następnie odrobiliśmy wszystkie straty. Dlaczego? Dlatego, że rynki nie zareagowały na konflikt w sposób klasyczny. W poprzednich kryzysach – czy to przy COVID-zie, czy przy wybuchu wojny na Ukrainie – wzrost cen ropy był wyraźny, a eurodolar spadł nawet w okolice 1,00. Teraz ruch był płytszy: z 1,18 do 1,14 i z powrotem w okolice 1,18, więc praktycznie zakryliśmy wszystkie straty wynikające z konfliktu.
Na indeksach maksymalne obsunięcie wyniosło ok. 10%, na Nikkei około 15%, ale świece były rwane: +5%, –5%, bardzo trudny okres dla traderów, ale niekoniecznie trudny dla JP Morgana, który pokazał bardzo dobre wyniki.
W jakim momencie cyklu jesteśmy?
I teraz pytanie: gdzie jesteśmy? Bo z jednej strony, jeżeli patrzymy na sytuację chłodno, typowo ekonomicznie, to wciąż mamy warunki sprzyjające wzrostom. Mamy relatywnie niskie stopy procentowe, a banki centralne prowadzą operacje na rynku repo, zasilając gospodarki w gotówkę. To są czynniki, które z czysto technicznego, ekonomicznego punktu widzenia pozwalają rynkom rosnąć – i faktycznie tak się dzieje.
Pojawiają się jednak elementy alarmujące, jak choćby wzrost inflacji. Patrząc na tzw. wskaźnik wyprzedzający koniunktury OECD dla największych gospodarek świata, widać, że mimo konfliktu w Iranie ogólny obraz nadal nie wygląda dramatycznie – wskaźniki wciąż sugerują przyzwoity poziom aktywności gospodarczej.
Zakładam, że na naszym podwórku i w skali globalnej możemy jeszcze mówić o dobrym okresie w tym kwartale, w drugim kwartale i prawdopodobnie jeszcze w trzecim. Natomiast czwarty kwartał, w mojej ocenie, będzie już kwartałem, w którym pojawi się korekta. Wynika to m.in. z tego, że wzrost gospodarczy w Polsce ma wyhamowywać, a historycznie spowolnienie wzrostu PKB wiązało się z korektami na warszawskiej giełdzie.
Może nas czekać scenariusz, w którym „dopchniemy” jeszcze teraz euforycznie longi – pójdą w rynek inwestorzy indywidualni – a gdy przyjdzie korekta, pojawi się ryzyko, że ci indywidualni gracze nie uwierzą w jej głębokość. Będą patrzeć przez pryzmat konfliktu w Iranie i powiedzą: „5–10% trzeba podkupować, każdą korektę trzeba podkupować”.
W takim momencie na rynek mogą wjechać smart money i sprowadzić indeksy o –20%, –30%, co będzie już okresem recesyjnym w wycenach. Patrząc na wskaźniki i suche dane, w mojej ocenie jesteśmy bliżej końca obecnej koniunktury. Mamy wzrosty od mniej więcej 2022–2023 roku, dziś jest 2026, więc to są 3–4 lata wzrostów, a wyceny są wysokie. Warren Buffett, pytany niedawno, czy będzie wchodził na rynek, stwierdził, że 5% korekty to dla niego żadna atrakcja – co dobrze pokazuje, jak do takich ruchów podchodzą doświadczeni inwestorzy długoterminowi.
Dlatego warto bardzo uważać, szczególnie w produktach lewarowanych, żeby „nie popłynąć”. Dźwignia przy wysokich wycenach i końcówce cyklu to mieszanka wyjątkowo ryzykowna.
Złoto i polska gospodarka
Jeśli chodzi o złoto, analizy wskazują, że przy podwyższonej inflacji, zachowanym (choć spowalniającym) wzroście gospodarczym i osłabieniu dolara, otoczenie technicznie sprzyja metalom szlachetnym – powinny odrabiać korekty i mieć szansę na dalsze wzrosty.
Z punktu widzenia polskiej gospodarki kluczowe jest dla mnie to, że w czwartym kwartale może nastąpić wyhamowanie, a w konsekwencji korekta. Wynika to zarówno z naszej wewnętrznej koniunktury, jak i z dynamiki wydatkowania środków z KPO. Środki z Krajowego Planu Odbudowy muszą zostać wydane do 2026 roku i już dziś wiemy, że skala inwestycji jest bardzo duża, ale ten strumień w pewnym momencie zacznie słabnąć.
Dochodzi do tego historycznie wysoki poziom zadłużenia państwa. W debacie publicznej pojawia się szacunek, że zadłużamy się w tempie rzędu dwóch miliardów złotych dziennie, co tworzy olbrzymi dług, który wcześniej czy później odbije się nam czkawką. W mojej ocenie może to nastąpić właśnie w czwartym kwartale – i może przełożyć się także na wynik przyszłorocznych wyborów, bo negatywne skutki obecnej polityki fiskalnej, zadłużania oraz braku głębokich reform w energetyce (w tym w atomie), będą coraz bardziej odczuwalne.
Do tego dochodzi polityka Unii Europejskiej, ukierunkowana na redukowanie przemysłu energochłonnego, wysokie koszty energii i system ETS, co uderza w gospodarki oparte na przemyśle. Środki unijne, które dziś trochę łagodzą skutki tych procesów, również się kiedyś skończą.
Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy w końcówce tej fali koniunktury: euforyczne wyjście w górę już trwa, jesteśmy w rejonach historycznych szczytów, a jednocześnie Bank Światowy obniża prognozy wzrostu PKB Polski na 2026 rok.
Moim zdaniem, biorąc pod uwagę skalę długu, problemy ze służbą zdrowia i inne napięcia strukturalne, może to doprowadzić do wyraźniejszej korekty. Dlatego byłbym bardzo ostrożny. Tym z Państwa, którzy zarabiacie na obecnym rynku, gratuluję, ale warto poważnie zastanowić się, czy nie zacząć stopniowo skracać pozycji. Nie uważam, że problem został rozwiązany – raczej uważam, że jest tylko odsuwany w czasie.
Po raz pierwszy tak wyraźnie widać, że wielki kapitał sprzyjał Amerykanom i że Amerykanie pokazali, iż to wielki kapitał rządzi. Byliśmy na krawędzi – na Nasdaq i wielu innych rynkach – i gdyby ta krawędź została przekroczona, mielibyśmy klasyczny krach. Utrzymano ją i pokazano, że rynki są pod kontrolą, niezależnie od wzrostu cen ropy.
W kolejnych wpisach będę skupiał się na prognozach dla złotego, na tym, jak wyglądają główne waluty, oraz zajrzymy też na rynek towarów, bo zapowiada się znowu bardzo, bardzo ciekawy okres.
